MOBOT w fabryce ‒ kiedy robot mobilny naprawdę się opłaca
Transport wewnętrzny w zakładzie produkcyjnym rzadko bywa pierwszym kandydatem do automatyzacji. A właśnie tu ‒ między halami, przy liniach montażowych, w magazynach ‒ tkwi jeden z największych potencjałów oszczędności. WObit, polska firma z 35-letnim doświadczeniem, od ponad dekady wdraża własne roboty mobilne MOBOT. O tym, kiedy taka inwestycja naprawdę ma sens ‒ i dlaczego najtrudniejszy etap wdrożenia nie ma nic wspólnego z technologią ‒ rozmawiali z MM Magazynem Przemysłowym Joanna Sławińska-Tupaj, koordynatorka działu marketingu, i Sebastian Renn, menedżer projektu w WObit.
Od komponentów do robotów ‒ historia decyzji
WObit zaczynał w 1991 r. od czegoś zupełnie innego. Firma założona przez Witolda Obera rozwijała się przez lata jako dostawca komponentów do automatyki. Przełom nastąpił w 2006 r., gdy powstał wewnętrzny dział badań i rozwoju. To wtedy zaczęła się przygoda firmy z robotyką mobilną.
‒ Tworzyliśmy początkowo małe roboty edukacyjne ‒ zaznacza Joanna Sławińska-Tupaj. ‒ Z biegiem czasu dostrzegliśmy potrzebę elastyczności w intralogistyce. Pojawił się pierwszy klient seryjny w 2014 r., z branży meblarskiej, i od tego momentu zaczęliśmy poważnie rozwijać technologię robotyki mobilnej.
Dziś MOBOT to w pełni polska platforma mobilna ‒ projektowana, produkowana i wdrażana przez WObit. Dla firmy, która przez dekady budowała swoją pozycję jako dystrybutor komponentów, to istotna zmiana tożsamości: w producenta gotowych rozwiązań.
Czym jest MOBOT ‒ i co go wyróżnia
Dla kogoś, kto nigdy nie widział robota mobilnego w akcji, Sebastian Renn ma jasną odpowiedź: ‒ To platforma, która porusza się po zakładzie samodzielnie, współpracuje z ludźmi na tych samych ciągach komunikacyjnych i nie wymaga przebudowy hali ani kosztownych wygrodzeń.
Kluczem jest nawigacja laserowa ‒ system LMS (Laser Mapping System ‒ własna nazwa nawigacji WObit), dzięki któremu robot mapuje przestrzeń zakładu i adaptuje się do niej bez instalowania dodatkowej infrastruktury.
‒ Platforma, wjeżdżając na zakład, bardzo szybko jest w stanie się zaadaptować bez zbędnych dodatkowych wygrodzeń ‒ wyjaśnia Renn. ‒ A funkcjonowanie pomiędzy ludźmi, zgodnie z normami ISO, jest jednym z kluczowych wyróżników naszych platform.
To odróżnia MOBOT-a zarówno od klasycznych wózków widłowych, jak i od przenośników taśmowych. Robot jest mobilny i adaptowalny ‒ może zmieniać trasy, omijać przeszkody i współpracować z operatorami bez konieczności segregowania przestrzeni produkcyjnej.
Kiedy inwestycja się zwraca ‒ i dla kogo
Hasło „zwrot z inwestycji w 12–24 miesiące” pojawia się w wielu ofertach dotyczących robotyzacji. W przypadku MOBOT-a realny czas zwrotu zależy przede wszystkim od intensywności użytkowania.
‒ Przy trzyzmianowym trybie pracy jesteśmy w stanie zejść w granicach 18 miesięcy ‒ mówi Sebastian Renn ‒ co we współczesnych realiach produkcyjnych jest bardzo opłacalne.
Dodatkowym czynnikiem skracającym zwrot z inwestycji są niskie koszty instalacji ‒ brak konieczności przebudowy hali oznacza, że wdrożenie jest szybsze i tańsze niż w przypadku tradycyjnych systemów automatyki.
Pytanie o dostępność dla małych i średnich firm pada w branży regularnie. Joanna Sławińska-Tupaj odpowiada na nie bez owijania w bawełnę: ‒ Nasze urządzenia są przygotowane do tego, żeby zacząć nawet od jednej sztuki i z czasem rozbudowywać system, gdy procesy będą na to gotowe. Duże przedsiębiorstwa z branży motoryzacyjnej jako pierwsze podejmują takie decyzje, bo są świadome korzyści. Ale to nie znaczy, że MŚP musi czekać.
Raven MediaWdrożenie: technologia to nie jest najtrudniejsze
Proces wdrożenia MOBOT-a przebiega sprawnie od strony technicznej. Robot mapuje zakład, wyznaczane są trasy, uruchamiane są pierwsze przejazdy. To, co okazuje się najtrudniejsze, leży zupełnie gdzie indziej.
‒ Najtrudniejszy etap to przyzwyczajenie ludzi ‒ przyznaje Renn. ‒ Operatorzy wózków widłowych muszą się przyzwyczaić do maszyn, które nagle z dnia na dzień pojawiają się na ich trasach. Trzeba bardzo rygorystycznie zadbać o to, żeby ich zachowanie nie było nieprzewidywalne.
WObit mierzył się z tym wyzwaniem nie raz ‒ i nie zawsze w łagodnej formie.
‒ Mieliśmy przypadki sabotażu przez kadrę produkcyjną ‒ mówi wprost Sławińska-Tupaj. ‒ Pracownicy celowo uszkadzali roboty, obawiając się utraty pracy. Potrzebna była praca u podstaw, żeby wytłumaczyć, czym jest to rozwiązanie i że nie zabierze pracy, a ułatwi funkcjonowanie w obszarze produkcyjnym.
To doświadczenie dało firmie ważną lekcję: technologia jest tylko połową sukcesu wdrożenia. Druga połowa to ludzie ‒ i czas poświęcony na ich edukację zawsze się zwraca.
Za 3–5 lat: standard, nie nisza
Pytanie o przyszłość robotyki mobilnej w Polsce stawia rozmówców WObit po tej samej stronie co dane rynkowe.
‒ Myślę, że to będzie standard ‒ mówi Sławińska-Tupaj. ‒ Widzimy, że polskie przedsiębiorstwa bez względu na branżę coraz mocniej inwestują w automatyzację i robotyzację, żeby pozostać konkurencyjne.
‒ Kto nie będzie inwestował w robotyzację i automatyzację procesów, może zniknąć z rynku za te 3–5 lat ‒ dodaje Sławińska-Tupaj.
Dla firmy WObit, która postawiła na robotykę mobilną dekadę wcześniej niż większość rynku, ta prognoza brzmi jak potwierdzenie słusznej decyzji. Pytanie dla wielu zakładów produkcyjnych brzmi już nie „czy robotyzować”, ale „kiedy zacząć i od ilu sztuk”.
Materiał powstał na podstawie wywiadu przeprowadzonego w MM STUDIO podczas targów ITM Industry Europe 2026 w Poznaniu.































